fbpx

RE:
VIEW

Me'a Sze'arim: zostawcie nas w spokoju

"Unorthodox" to nie fikcja. W radykalnych społecznościach żydowskich sprzeciw wobec techniki i nowoczesności to fundament wiary i wpajana od dziecka oczywistość. Paradoksalnie cenna nauka

Autor:RAFAŁ ROMANOWSKI
Opublikowano:21 MAJ, Czwartek

Z koszernej piekarni na nowojorskim Williamsburgu na Alexanderplatz w Berlinie jest bardzo daleko. A 19-letnia Esty z pobożnej, żydowskiej rodziny, nigdy dotąd nie leciała samolotem. Hop przez Atlantyk to nie hop-siup, zwłaszcza gdy za jedyne narzędzie pomagające w podróży musi służyć stara Nokia.

Esty jest młodą mężatką. Przedstawicielką radykalnej społeczności żydowskiej w USA. Jej dzień wypełniają robótki na drutach, sprzątanie, pichcenie obiadu. Nosa poza Williamsburg nie wychyla, bo zaczytani w świętych księgach rabinowie powtarzają jej w kółko, że to niebezpieczne.

Esty podejrzewa, że coś tu nie gra. Ale dopiero gdy załatwi sobie paszport i wsiądzie w taksówkę na lotnisko JFK, okaże się, że jej dotychczasowy świat faktycznie ma zbyt ciasne ramy.

O tym właśnie opowiada 4-odcinkowy serial "Unorthodox", emitowany na kanałach Netflixa. Śledzimy losy wyrwanej z konserwatywnego getta dziewczyny, która na własną rękę dociera do Europy i rozpoczyna nowe życie w "normalnym świecie".

Ale nie o serialu to tekst, więc zostawmy Esty w spokoju. Przyznamy tylko, że o tradycyjnych społecznościach żyjących 1:1 wg zasad świętej Tory, nie wiemy wiele. A już na pewno nie podejrzewamy, jak wiele z współczesnego świata odrzucają i potępiają w czambuł.

Off znaczy off

Smartfon, komputer, telewizor, mikrofalówka. Długa jest lista sprzętów, których istnienia nie toleruje się w Me'a Sze'arim. Dzielnica ortodoksyjnych Żydów w Jerozolimie to bezsprzecznie jedno z miejsc, gdzie czas zatrzymał się i nie chce ruszyć dalej.

Mieszkający tu ludzie, zwani charedim, po prostu tak chcą, tak uważają, w to wierzą. I co ciekawe, nienawidzą państwa Izrael.

Me'a Sze'arim leży w sercu podzielonego miasta. Nieco na północ od popularnej Jaffa Street, tuż obok drogi szybkiego ruchu Sderot Hayim Barlev, mimowolnie oddzielającej wschodnie, arabskie dzielnice od żydowskich na zachodzie. O dziwo, nie ma tu grodzeń a jedynie inny świat, w który wtapiasz się wręcz niezauważalnie.

Ty możesz tu wejść. Oni stąd nie wychodzą.

Wystarczy spacer 200 metrów od popularnego bazaru Mahane Yehuda, aby z kolorowego ścisku pokrzykujących sprzedawców, straganów z warzywami, hipsterskich kafejek, znaleźć się w wypranej z barw rzeczywistości.

Robi się czarno-biało, cicho, milkną głosy współczesnego świata. Po ulicach, zamiast ludzi z roku 2020, przemykają wyblakłe postaci rodem z dagerotypów.

To świat rozpadających się warsztatów, jowialnych rzemieślników w fartuchach, sklepików z tradycyjnym asortymentem, rytualnych mykw, ultraortodoksyjnych synagog. Ukryty przed gwarem milionowej metropolii mikrokosmos.

Gdyby wymyślić logo tego skrawka planety, pewnie byłby to sztrajmł, ulizana czapka z futra wielkości ronda sporego garnka, jaką obowiązkowo noszą bogobojni chasydzi.

Wszystko tu zresztą wygląda, jak na starych, XIX-wiecznych zdjęciach. Im dalej w głąb Me'a Sze'arim, tym więcej ubranych w ciemne suknie kobiet, starannie zapiętych pod szyją, w czarnych pończochach, tradycyjnych trzewikach, z nakrytymi chustą głowami.

Coraz gęściej od dzieci: chłopców z fikuśnie kręconymi pejsami i dziewczynek przygotowywanych od małego do roli posłusznych matek i żon.

Role dawno rozpisane

Stateczni mężczyźni nie parają się dźwiganiem zakupów czy opieką nad dziećmi. To ich żony ciągną wózki z pociechami lub zakupami, kroczą za mężami, nie odzywają się bez pozwolenia. Zresztą obecność mężczyzn jest tu dalece bardziej widoczna.

To oni w grupach rozmawiają o "aktualnych" tematach (np. o interpretacjach Tory czy otaczającym ich "złym" świecie). To oni prowadzą tu bardzo tradycyjne biznesy (szewc, krawiec, karczmarz, sklepikarz). Im przypisana jest rola "strażników miasta" (Neturei Karta). Jeśli zachowujesz się zbyt głośno bądź "prowokacyjnie" zwrócą ci ostro uwagę.

Zresztą i tak prowokacji z zachodniego świata ciągniesz tu z sobą zbyt wiele. Robienie zdjęć nie przystoi, rozmowy przez telefon nie są mile widziane, gapienie się w smartfon budzi nieufne spojrzenia. Lepiej też nie wyskoczyć z nieodpowiednim strojem: krótszymi szortami czy sukienką do kolan.

Zbytnie odsłanianie ciała, np. kobiecych ramion, może skończyć się rzuconym przez dzieci kamieniem. Lub siarczystym przekleństwem od dorosłych.

Choć w najbliższym sąsiedztwie rozpościera się jeden z najbardziej rozwiniętych technologicznie krajów świata, tutaj tego nie widać. Izrael, który w sektor R&D, badania i rozwój nad najnowszymi aplikacjami i rozwiązaniami inwestuje nawet 4% swojego PKB rocznie, nie ma tu racji bytu. Ba, wytwarzane przez niego oprogramowanie czy wymyślane raz po raz innowacje, są tu totalnie zbędne.

Nikogo nie obchodzi, że izraelscy naukowcy potrafią zmienić suchą na kość pustynię w buchającą zielenią plantację czy farmę tulipanów. Ani że na obszarze zwanym Silicon Wadi działa świetnie funkcjonująca i dotowana milionami scena startupów, której pozazdrościć mogą Izraelczykom takie tuzy, jak USA, Chiny czy Japonia. Ani nawet, że kształceni na uczelniach m.in. w Hajfie czy za granicą doskonalą tu swe umiejętności w informatyce, elektronice, genetyce, biomedycynie czy biotechnologii.

Co komu w enklawie Me'a Sze'arim z aplikacji Waze, programu Babylon, maszynie do modeli 3D Cubital? Czy ktoś potrzebuje mini-komputera Cubox, pamięci flash Disk-on-Key, optycznego procesora Enlight - wszystko to made by Israel?

Mamy to gdzieś

Pogarda dla technologii jest tu naczelnym przykazaniem. Mieszkańcy Me'a Sze'arim praktycznie nie używają telefonów, a jeśli już to tych starego typu, bez dostępu do internetu. Służą im do codziennego kontaktu, ustalania cen w handlu podstawowymi produktami, przywołania rodziny.

Komputerów też nie ma, instalować WiFi nie ma po co, a kafejki internetowe - w świecie zewnętrznym dawno przechodzące już do lamusa - tu nie zdążyły nawet rozkwitnąć.

Media nie istnieją. Ludziom wydano kategoryczny zakaz posiadania telewizji, słuchania radia a nawet lektury gazet. Jakiekolwiek informacje o świecie zewnętrznym nie mają tu jak dotrzeć, a jedynym źródłem dowiedzenia się czegoś są wszechobecne plakaty wyklejane na zlecenie religijnych przywódców. Kto zmarł, kto z kim się pobrał, gdzie otwiera się kolejna księgarnia z złoconymi egzemplarzami świętych Pism czy nowy punkt z koszernymi klopsami, gefilte fish i zupą.

Chłopcy, wcześniej uczepieni maminej sukni, od 13 roku życia kształcą się w religijnych szkołach. Całymi dniami studiują Torę. Nie używają żadnych pomocy naukowych, jak tablety czy komputery. Nie ma dostępu do żadnych zdobyczy cywilizacji. Świat elektronicznych gadżetów, jakim fascynują się ich rówieśnicy, nawet w biednych krajach Afryki, jest im zupełnie obcy.

Nie mają też gdzie go podpatrzeć, bo po raz pierwszy mogą opuścić dzielnicę dopiero w dorosłym życiu. Obowiązkowo w sztrajmłie lub jarmułce na głowie i długim, czarnym płaszczu. Zresztą, nawet gdyby wymknęli się - jak Esty z rządzącego się podobnymi zasadami Williamsburga - nie potrafiliby się porozumieć.

Nie mówią w żadnym języku, poza własnym dialektem. Nie potrafią obsłużyć najprostszego sprzętu. Nie wiedzą, że istnieją windy, schody ruchome, dworce, lotniska czy galerie handlowe. Samolot to coś irracjonalnego.

Zakazany owoc

Co nie znaczy, że techniki nie ma wcale. Wieść niesie, że niektórych mieszkaniach są już pralki automatyczne, gdzieniegdzie lodówki. Parkuje się samochody, którymi głowy rodzin przewożą bliskich bądź dobytek, a czasem udają się do zewnętrznego świata, aby coś załatwić czy podpatrzeć jak żyją ci, którzy łamią święte przykazania.

Jeździ nawet sporadycznie miejski autobus. Na rogatkach nie zmienia przecież koloru więc przejeżdżając przez główną arterię przez chwilę staje się barwną plamą na tle monochromatycznych dekoracji.

Jedno jest pewne: w szabat nawet szczątkowo używana elektryczność staje się zła. Gasną światła, wyłącza się stare cegły-Nokie, z prądu wyłącza domowe gruchoty. Z ulic znikają praktycznie wszyscy. Nieliczni śmiałkowie, którzy dotrą tu z zewnątrz, muszą liczyć się nawet z agresją.

Mnie spotkało to w którymś marcu, kiedy niewinnie chciałem wyciągnąć z bankomatu przy Dvora HaNevi'a Str. kilkaset izraelskich szekli. Poleciały za mną dwa zgniłe jabłka i trochę żwiru. Plus mnóstwo wykrzyczanych obelg. Słusznie. Elektryczny impuls, który uruchamia tackę podającą mi banknoty, to dla przeżywających szabatową ekstazę znak zbrukania zewnętrznym brudem. Nic tu po nas.

Generalnie, każdy kto wchodzi do dzielnicy - nawet nie w szabat - musi zachować się godnie. Czarno-białe plakaty w jiddisch głoszą na wejściu, że "żyjemy tu spokojnie wg swoich zasad. Proszę podporządkuj się temu i nie przeszkadzaj nam". A to oznacza, że zewnętrzna technologia powinna też zostać za drzwiami.

Choćby dlatego, w miejscach nieskażonych wręcz postępem technicznym, tak trudno zorganizować sesję foto i mini-plan filmowy.

Re:view się udało. I choć mamy pewność, że tego materiału nasi bohaterowie nie obejrzą, staraliśmy się być dyskretni i niezauważalni. 

Tak głosi Pismo

Radykalne podejście do kwestii zasad bywa absurdalne. Zamieszkujące Me'a Sze'arim społeczności od lat są kością niezgody w izraelskim społeczeństwie. Fundamentem sporu jest tutejsza wiara w to, że Żyd wg biblijnych nauk ma być Wiecznym Tułaczem, więc jakiekolwiek próby zorganizowania państwowości Izraela, są uznawane tu za groźną herezję.

Potomkowie przybywających tu od XIX wieku religijnych fanatyków z Wilna, rumuńskiego Satu Mare, Białostocczyzny i Węgier Żydów nie akceptują więc istnienia wokół czegoś takiego, jak Izrael. Ba, można nawet stwierdzić, że ich głównym wrogiem są państwowe struktury organizowane w Tel Awiwie czy Jerozolimie. A to oznacza, że mężczyźni stąd nie służą w izraelskim wojsku. Choć w Izraelu każdy inny obywatel, nie wyłączając kobiet, spędza w zawodowej służbie nawet kilka lat.

Z oporami rozlicza się tu też w szeklach (przez wiele lat z nienawiści do "syjonistycznych przywódców" na banknotach używano tu własnej waluty, do dziś powszechne są liczydła). Przez lata nie płacono w ogóle za media (tutejsi uważają, że np. woda jest dobrem wspólnym więc płacenie za nią zewnętrznym nieprzyjaciołom, to absurd). Oczywiście jakiekolwiek podatki są również oprotestowane, miejscowi uważają w końcu, że są u siebie, więc opłacanie się komukolwiek nie wchodzi w grę.

Dopiero twarda postawa administracji w Tel Awiwie, która pewnego dnia odcięła wodę mieszkańcom i przestała wywozić góry śmieci, wymogła na ultra-ortodoksach uznanie, że to oni są wyspą otoczoną światem zewnętrznym. I że krępowanie swego terytorium żelaznym łańcuchem tradycyjnych zasad i nakazów, musi również mieć swoje granice.

Wspólne z Izraelem są więc: sygnał sieci komórkowych (społeczność nie jest w stanie zorganizować własnej technologii GSM), prąd (nie powiodły się próby postawienia własnej mini-elektrowni), z oporami system monetarny w sklepach (wieść głosi, że akceptacja szekli podyktowana była zachętą izraelskiego rządu, który zgodził się na kolejne ustępstwa). I tak najchętniej przyjmowane są tu dolary i euro.

A co za tym idzie Me'a Sze'arim, nieco na własne życzenie, to obecnie bodaj najbiedniejsza z dzielnic Jerozolimy. Wiele budynków aż się sypie, sporo obszarów jest wręcz w opłakanym stanie. Odrapane klatki schodowe, mocno zrujnowane mieszkania, śmieci, brud, tutaj to codzienność.

To jednak państwo w państwie, które w szabat, nawet do umierającego, nie wpuści karetki pogotowia. A pożar gasi własnymi rękami, kategorycznie zakazując wjazdu jerozolimskim strażakom.

Płodzić i rodzić

Bardziej od postępu technicznego zatrzymanych tu w czasie ludzi interesują codzienne rytuały, oraz prokreacja. Wielodzietne rodziny to tu norma, a wskaźnik urodzeń jeden z najwyższych w świecie. Spora też niestety śmiertelność, ale to efekt funkcjonowania tu tradycyjnie pojmowanego systemu opieki medycznej.

Kiedy jesteś chory leczysz się domowymi okładami, wywarami z ziół, stawianiem baniek czy pijawkami. Medyk to bardziej felczer pozbawiony nawet najprostszego termometru. Wiedza medyczna często nie wykracza poza ziołolecznictwo i ludowe przesądy. A w aptekach najczęściej tylko proszki i najprostsze medykamenty.

W dobie epidemii COVID-19 można tylko przypuszczać, jak dziesiątkuje ona tradycyjną społeczność jerozolimskiej enklawy. Z drugiej jednak strony stosunkowo młoda struktura wiekowa pozwala na umiarkowany optymizm w tej kwestii. Zresztą na miejsce zmarłych szybko pojawią się kolejne dzieci. I tak kręci się ten system, wyjęty wręcz z prawideł rządzących globalizującym się światem.

Czy ktoś ucieka z Me'a Sze'arim? Bardzo rzadko. Świadomych istnienia czegoś na zewnątrz śmiałków typu Esty jest jak na lekarstwo. Można być jednak pewnym, że w czasach globalnego resetu i coraz częstszych ruchów "anty-cywilizacyjnych" + radykalnie ekologicznych, znalazłoby się wielu chętnych na zamieszkanie tutaj.

Czy w miejscu, gdzie galopujący rozwój hi-tech, iPhone'y, laptopy, aplikacje, okazują się bezwartościowymi śmieciami, wielu mogłoby odnaleźć siebie? Na pewno tak. Zwłaszcza, że jedną z podstawowych zasad jest tu też kult antykonsumpcjonizmu. Ludziom wystarcza posiadanie kilku niezbędnych przedmiotów.

Obywają się praktycznie bez dóbr materialnych. Latami nie wymienia się ubrań. Nie kupuje niczego, co zbędne. A zbędne - w tutejszym rozumieniu - jest prawie wszystko.

W pewnym sensie walka z postępem tutaj nie różni się wiele od podobnych tendencji wśród ultra-tradycyjnych społeczności arabskich, pozbawionych wręcz dostępu do technologii plemion amazońskich czy żyjącej wg zasad z dawnych wieków społeczności Amiszów w Stanach Zjednoczonych.

Inna sprawa, że każda z tych enklaw na mapie współczesnego świata, wcale nie musi być chętna do wchłaniania doń kolejnych struktur.

Zazwyczaj nie jest.

Bieszczady?

A więc hasło "może by tak rzucić wszystko i wyjechać w..." rzadko kiedy skieruje nas do Me'a Sze'arim. Jeśli już, to raczej jako dziwacznych ciekawskich, obserwujących codzienne rytuały: pranie, gotowanie, jedzenie, sprzątanie. Inna sprawa, że i nas, cywilizację postępu, wiosną 2020 można podglądać w podobny sposób.

My również przez czas kwarantann nie opuszczamy swych dzielni. Samoloty nie latają, pociągi nie jeżdżą, autobus raz na godzinę. Uczymy się piec w domach chleby. Zakupy tylko w warzywniaku pod domem. Wreszcie czas na czytanie książek. Gdyby nie internet czy telewizja, nie byłoby większej różnicy.

A właśnie: po co nam internet?

podziel się

  • facebook
  • linkedin
  • twitter
  • pinterest
  • email

re:
Me'a Sze'arim: zostawcie nas w spokoju
VIEW

następny artykuł
Re:view lubi ciastka. A ciastka to cookies. Re:view na Twoim mobajlu, kompie czy tabku to ciastka na talerzu. I to oznacza, że się na nie zgadzasz. Ok
Chcę dowiedzieć się więcej