fbpx

RE:
VIEW

Wstrząśnięte serce L'Aquila

L'Aquila ginęła 30 sekund. Tyle co nic. Zostało z niej tyle, ile nikt się nie spodziewał. A teraz nikomu się nie chce jej naprawić. Bo jeszcze znów się zburzy i co będzie? Nic

Autor:RAFAŁ ROMANOWSKI
Opublikowano:17 STY, Czwartek

Co robisz o 3.30 w nocy? Głęboko śpisz i ultra-ciężko cię obudzić. Złodziej wyniesie pół domu, mysz przebiegnie przez pokój, telewizor będzie śnieżyć. Wtedy, w głuchej ciemności, zaczyna trząść się podłoga, dom, dzielnica, całe miasto. Gwałtownymi drgawkami, szarpanymi zrywami, łoskotem, obijaniem się jak cegła w bębnie pralki. Najpierw wyrzuci cię z łóżka jak z niegościnnej kołyski, później ugnie się ku tobie zawalająca się ściana, potem w podłodze zrobi się dziura, wyrwa, lej aż do piwnicy...

Zaczniesz uciekać po rozsypujących się schodach, dusić się od pyłu, zatykać uszy od przeraźliwego huku. Wszystko potrwa dosłownie 30 sekund. Staniesz oniemiała/oniemiały na pokrytej gruzem ulicy. Poruszysz zmiażdżoną ręką, w panice pomyślisz gdzie są bliscy. Pięć minut po przerwanym, błogim śnie dotrze do Ciebie, że cudem przeżyłeś. Usłyszysz zgaszone krzyki, trzask iskier z przerwanych kabli, chlupot wody z wyrwanej z asfaltu studzienki. A potem martwą ciszę.

Abruzja nie lubi spać. Ludzie są nerwowi bo znów zatrzęsła się ziemia. Jest tydzień przed 6 kwietnia 2009 roku. Bernardo De Bernardinis, ówczesny wiceszef włoskiej obrony cywilnej w rozmowie z dziennikarzami mówi, że nie ma się czego obawiać. Cytuje opinie sejsmologów, którzy są zdania, że "nie ma zagrożenia dużym trzęsieniem ziemi". Łagodnieje, gdy ktoś pyta czy na uspokojenie nastrojów obywatele 70-tysięcznego miasta L'Aquila w sercu Abruzji powinni wypić kieliszek słynnego wina Montepulciano d'Abruzzo. - Oczywiście... - uśmiech De Bernardinis jest szczery i pełen kojącego przekonania.

Montepulciano d'Abruzzo koi znakomicie. Do dziś nie wiemy ile butelek abruzyjskiego wina wypili trzęsący się ze strachu mieszkańcy L'Aquili w dni poprzedzające nagłe piekło na ziemi. Owa ziemia co chwilę trzęsie się wraz z (pod) nimi, jakby na zaprzeczenie słów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo urzędników. Ktoś puszcza plotkę, że trzęsienie już przeszło, ktoś dotarł do sejsmologów i znów usłyszał, że nic wielkiego się nie stanie. Faktycznie, nie trzęsie nie aż tak mocno, ludzie uważają więc, że De Bernardinis ma rację. Choć mruczy i drży cała prowincja. - Tak tu już jest - powtarzają w myślach. Zapominają, że ziemia lubi się trząść kiedy śpi się najmocniej.

1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703, 1706, 1958 - w tych latach Abruzja nie miała spokojnych snów. A okoliczne miasta zmieniały się w gruzowiska. Jeden z najaktywniejszych sejsmicznie rejonów Włoch, kraina wzdłuż środkowych Apeninów, z gigantycznym uskokiem tektonicznym, na którym wyrasta L'Aquila. Rzecz dzieje się nad rzeką Aterno, 115 km na północny wschód od Rzymu w środkowych Włoszech. Miasto założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, którego planiści narysowali je na planie cesarskiego orła (łac. aquila = orzeł). Od średniowiecza ważny ośrodek farbiarstwa i handlu szafranem.

Położono je na wzgórzu, wciśnięto w wąską doliną i białe od śniegu szczyty Apeninów. W "centro storico" aż kipi od renesansowej i barokowej zabudowy. Istny labirynt wąskich uliczek, zakątków, zawijasów. Kilka reprezentacyjnych placów, ileś kościołów. Feralnego dnia będą się walić jak babki z piasku. Jakiś czas po tragedii okaże się, że już na kilka dni przed z okolicy pierzchły wszystkie... ropuchy. Jako jedyne przewidziały huśtającą się jak w rollercoasterze ziemię. Jak to zrobiły? Uczeni nie są zgodni... 

Jak z dreszczowca

Jest taka scena w nowym filmie włoskiego reżysera Paolo Sorrentino "Oni". Dość przejmująca, dzieje się - a jakże - w zrujnowanej L'Aquili. Do ocalałych spod gruzów przyjeżdża ze świtą urzędników wieloletni premier Włoch, bawidamek Silvio Berlusconi. I po raz pierwszy, w tym ponad dwugodzinnym obrazie, jest poważny. Nie myśli o bunga-bunga ani o piłkarzach AC Milan. Śmierć zagląda mu w oczy. Widzi ludzi, którzy stracili wszystko: bliskich, domy, majątek, przyszłość, przeszłość. Solennie obiecuje poprawę. Odbudowę miasta.

Podobnie jak przywódcy G8 - grupy najbogatszych państw świata, których Berlusconi zaprasza dwa miesiące po zrujnowaniu przez nieobliczalną naturę miasta. Chce, aby w jego popękanych murach padły ważne deklaracje pomocy Włochom w odbudowaniu zniszczeń. I deklaracje padają. Barack Obama licytuje się z Angelą Merkel. Wielka Brytania przebija stawkę. Przez chwilę nawet jesteśmy skłonni im uwierzyć.

Minie kilka lat, zanim mieszkańcy "miasta duchów" zrozumieją, że ostatecznie nie doczekają się żadnej, znaczącej pomocy. Premierowi Berlusconiemu przestają wierzyć zresztą od razu. Już po kilku tygodniach, obserwując bierność lokalnych władz i przysłanych przez rząd z innych prowincji pomagierów, sami wkraczają do akcji. Akcja społecznego odgruzowywania zabytkowej starówki to jeden z pierwszych zrywów obywatelskiego sprzeciwu wobec rządowej indolencji Rzymu.

Bo tak naprawdę, Abruzja nikogo nie obchodzi. Ani nie jest tu specjalnie bogato, ani nie kwitnie tu turystyka, ani nie pochodzi stąd ktoś akurat ważny w stolicy, ani na 13 miliardów potrzebnych na odbudowę najbardziej zniszczonego miasta nie chcą się składać bogatsze regiony. - Dlaczego mamy ich sponsorować? - pyta luksusowy Mediolan. Ręce rozkłada pękająca od turystów Wenecja. - A co my sami nie mamy własnych problemów? - machają rękami Sycylia z Neapolem.

Wyrwane serce

Spacerując po L'Aquila uderza przerażająca cisza. Jakby upiorne 30 sekund rujnujące niemal doszczętnie miasto zawisło gdzieś w powietrzu i złośliwie nie chciało się skończyć. Mijamy rzędy kamienic spięte metalowymi obręczami, poskręcane śrubami, przyspawane do krzyżujących się konstrukcji przytrzymujących jako tako rozpadające się fasady. Chodzimy wzdłuż ogrodzeń, za którymi wciąż walają się ruiny. Wszędzie tabliczki z ostrzeżeniami, że te resztki mogą się rozpaść w każdej chwili.

Rozpięty nad Via Fontesecco, porośnięty już trawą most samochodowy, jakby zaraz miał się skruszeć i runąć kilkanaście metrów w dół grzebiąc kolejne ofiary. Opuszczone domy przy Via Borgo Rivera jakby zastygłe w owe nocne 30 sekund: pootwierane szafy, talerze z zaschniętymi resztkami kolacji na stołach, wysypane z biblioteczki zawilgocone już książki...

Ogromne wrażenie mural z klęczącym człowiekiem nasłuchującym pomruków ziemi. I mur przy zrujnowanym wciąż akademiku położonym przy głównej ulicy prowadzącej do centrum. Zginęło tu w półśnie siedmioro studentów, których fotografie wpatrują się teraz w nas łagodnymi spojrzeniami. To jedna z niewielu okazji zetknięcia się z wizerunkami pogrzebanych pod gruzami mieszkańców miasta.

Zdjęcia pozostałych możemy dojrzeć jedynie w pamiątkowej księdze, którą wystawiono w kaplicy Chiesa di Santa Maria del Suffragio przy Piazza del Duomo. Upiorna cisza, recytowane z głośnika szeptem nazwiska ofiar, przejmujący śpiew - wszystko to sprawia, że na opuszczonym centralnym placu miasta, zamiast dawnego gwaru słychać wciąż jeszcze coś na kształt rozpaczy. "Tu zginął", "tu przepadła", "tu zapadli się pod ziemię"...

- Tragedia, oczywiście. Tylu ludzi poniosło śmierć. Ale dla nas największą tragedią było to, że zburzono SERCE TEGO MIASTA. Główny plac, na którym od wieków spotykaliśmy się porozmawiać, wypić wino, pozdrowić znajomych. Dla nas, Włochów, to ogromna strata. Całe pokolenia tu przychodziły, ten plac tętnił życiem. A teraz? - przypadkiem spotkanemu Marco, jednemu z nielicznych w ten dzień przechodniów przez Piazza del Duomo, autentycznie łamie się głos.

Wokół las dźwigów, odmalowane fasady, reprezentacyjna bryła katedry.

- Wszystko na pokaz. Wystarczy wejść w uliczki dalej. Można zobaczyć, że cała ta przestrzeń umiera gorzej, niż w tamtą noc - piekli się Marco.

Miasto duchów

Dalszą wędrówkę przez zabytkową część miasta naznaczają wręcz duchy. Klaun żonglujący na pustej ulicy przed zerową widownią. Kawiarnia przy głównym trakcie handlowym, w której - mimo sobotniego przedpołudnia i tlącej się muzyki - nie ma nawet barmana. Ciemnoskóry mężczyzna, wyglądający na ogłuszająco ciche ulice coraz to z innego, rozwalonego okna.

Bar o nazwie - nomen omen - Roma, gdzie zapomniano zamknąć drzwi, i w którym w zamarłych kontaktach tkwią jeszcze wtyczki od rozmrożonej lodówki z "gelato fantastico" + oniemiały jednoręki bandyta. Tu zakurzona butelka piwa Peroni z datą ważności 2010. Tu tablica z jaskrawo-czerwonym napisem "zona rossa", a za nią zielone - jak na złość - chwasty wrastające w ruiny.

Gołym okiem widać, że odbudowa L'Aquili to zbyt wielkie, rzucone bez przemyślenia, wyzwanie. Zniszczonych trwale jest tu 10 tysięcy budynków, względnie zadbano może o 5%. Reszta straszy, rozsypuje się, niszczeje, wciąż eksponuje rany. Rzym dał miastu kroplówkę, ale - paradoksalnie - chętnych do niej jest coraz mniej. Miasto z roku na rok jeszcze bardziej pustoszeje doprowadzając do rozpaczy tych, którzy postanowili zostać tu wbrew zagrożeniom. Wbrew żałobie, wbrew brakowi perspektyw.

Miastotwórcza funkcja centrum wyparowała, na jej miejsce nie powstało nic, co mogłoby zatrzymać tu starych, albo sprowadzić nowych mieszkańców. Pieniędzy od USA się nie doczekano, Wielka Brytania wciąż podtrzymuje nadzieje, kilkanaście budynków wyremontowała m.in. Hiszpania. Ale to wciąż kropla w morzu potrzeb.

Jak bombardowana Warszawa

Za wzór do wskrzeszenia z ruin włoskiego miasta przedstawiano choćby Warszawę, która wielkim wysiłkiem dźwignęła się z powojennej pożogi. Ale też brytyjskie Coventry zrównane z ziemią przez hitlerowskie lotnictwo Luftwaffe w 1940 roku. Czy bliźniaczo dotknięte nalotami aliantów niemieckie Drezno. Pokazuje to, jak ogromna była skala zniszczenia abruzyjskiej stolicy, w której centrum - tak naprawdę - nie uchował się choćby jeden, nietknięty trzęsieniem ziemi budynek.

I wszystko wskazuje na to, że obrócone w perzynę miasto "łata się" tylko symbolicznie. Nie chodzi nawet o gigantyczne koszty odbudowy, ale też dość powszechne we Włoszech przekonanie, że L'Aquili po prostu odbudowywać nie ma sensu.

Jakby na potwierdzenie tych słów ziemia w Abruzji trzęsie się jak na zawołanie. Siedem lat później, w sierpniu 2016 w rejonie miasteczka Amatrice (50 km od L'Aquila) żywioł pochłonie kolejne kilkaset osób. Inne wstrząsy mają miejsce w lutym 2013, październiku 2016, styczniu 2017... Za każdym razem zniszczenia są spore, w ciągu kilkudziesięciu sekund zostają starte na proch miejscowości z średniowiecznym, a nawet starożytnym rodowodem. Burmistrzowie raz po raz ogłaszają światu, że z ich włości została kupa gruzu.

Każdy z tych ośrodków, charakterystycznie skomponowane wokół głównych placów i wzdłuż komunikacyjnych arterii, traci coś, co budowane było tu od stuleci. Abruzja już taka jest. I nadal mieszkają w niej ludzie, choć gdy się zatrzęsie, mieszkańcy Rzymu, Neapolu, Rawenny czy Bolonii wychodzą z budynków i nasłuchują, co mknie do nich podziemną rysą z abruzyjskiej ojczyzny Montepulciano d'Abruzzo.

***

Trzęsienie ziemi w L'Aquila ruszyło z impetem o godzinie 3.32 w nocy 6 kwietnia 2009 roku. Wstrząsy miały niszczącą siłę 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum miało miejsce dokładnie pod miastem, ok. 10 km w głąb ziemi. Odczuwalne było w całych Włoszech. Następnie obszar dotknęła seria około 100 wstrząsów wtórnych, a po 9.00 rano kolejny wstrząs, dokonujący dzieła zniszczenia w mieście.

Zginęło 309 osób, 1500 zostało rannych lub okaleczonych, ok. 17 tys. pozostało na wiele miesięcy bez dachu nad głową. Co roku, 6 kwietnia, mieszkańcy miasta wychodzą nocą z płonącymi pochodniami na Piazza del Duomo w proteście przeciwko polityce rządu, dla którego L'Aquila jest ropiejącym wrzodem. W milczeniu odczytują nazwiska ofiar i rozchodzą się do domów. Nieco z przymusu, bo przecież chętnie zostaliby na chwilę. Jak to Włosi...

podziel się

  • facebook
  • linkedin
  • twitter
  • pinterest
  • email

re:
Wstrząśnięte serce L'Aquila
VIEW

następny artykuł
Re:view lubi ciastka. A ciastka to cookies. Re:view na Twoim mobajlu, kompie czy tabku to ciastka na talerzu. I to oznacza, że się na nie zgadzasz. Ok
Chcę dowiedzieć się więcej