RE:
VIEW

Zakwitnąć nad super-słonym morzem

Jordania kolejnym krajem odkrywanym przez europejski biznes i turystykę. Wystarczy tylko wsłuchać się w piasek, kamień, słone morze i słońce. Jest na co wydać. I na czym zarobić

Autor:RAFAŁ ROMANOWSKI
Opublikowano:11 STY, Piątek

Zdjęcia z jordańskiej Petry wrzucone na Facebooka? Otagowane foto z Ammanu na Instagramie? Napisany post w dyskusji "Jak podróżować po Jordanii"? Skoro nie, to wciąż omija Cię nowa gorączka "go to Jordan" wśród Polaków. A jeśli tak - wiesz o czym jest ten tekst.

195 minut z Krakowa, 215 z Warszawy. Niewiele, jak na szybkie przenosiny do orientalnego świata. Tam gdzie rafy koralowe w Morzu Czerwonym z pogrążoną w wojennym chaosie Syrią łączy prosta niemal jak strzała droga. Z skalistej północy na piaszczyste południe dostać się można w pięć godzin monotonnej jazdy. Po drodze minąć niedoceniany Amman, mknąć w kierunku starożytnej Petry i pustyni Wadi Rum, obudzić się w nadmorskiej Akabie.

Jordania. Szalenie modny kierunek. Od niedawna, dzięki bezpośrednim lotom z podwarszawskiego Modlina i krakowskich Balic, dostępny dla każdego. Nie tak drogi jak Izrael, nie tak niebezpieczny jak Syria, nie tak ograny jak Turcja czy Egipt. A przede wszystkim, mimo problemów, kraj wciąż stabilny politycznie, całkiem mądrze zarządzany, żyjący w pokoju z sąsiadami.

Słoneczny petrol

Pełno tu słońca. Nawet w zimowe dni potrafią tu palić typowe dla krajów Bliskiego Wschodu ostre promienie. Przyjemnie siedzi się w nich w arabskiej kafejce przy hummusie z oliwkami w centrum Ammanu, przyjemnie obserwuje się, jak coraz więcej ośrodków kraju korzysta z dobrodziejstw zbierania energii słonecznej na farmach solarów. Słońce towarzyszy tu ludziom ciągle, nie tylko w suchych jak pieprz górach, czy nadmorskim brzegu, ale też na bezkresnych pustyniach, strategicznie... najważniejszym obszarze w gospodarce Jordanii.

Dlaczego? Od tysiącleci pustynne przestrzenie leżące obecnie w jordańskich granicach były uważane za najszybsze i stosunkowo najłatwiejsze kanały tranzytowe. Tędy szły karawany z towarami z dalekiej Azji, tędy komunikowały się z sobą europejski i afrykański kontynent, tędy tureccy kupcy zmierzali do Indii czy Chin. W XXI wieku sytuacja nie zmieniła się nic a nic, tylko zamiast objuczonych pakunkami i skrzyniami wielbłądów, po jordańskich drogach mkną zagraniczne TIR-y. Jordania zarabia na opłatach wjazdowych, sprzedaży paliwa, cłach. Podąża śladem starożytnej Petry - bajecznie bogatego i zdobionego miasta wykutego w skałach. 

Podstawy jordańskiej ekonomi są proste jak autostrada północ-południe: albo tranzyt, albo turystyka. A najlepiej obie te gałęzie. Nikogo więc nie dziwi, że po latach słabszej popularności Jordanii w katalogach turystycznych, kraj otworzył się znacznie bardziej niż dotąd na zagranicznych turystów. I to tych masowych, bo przybywających na nowoczesne lotnisko w Ammanie tanimi liniami z Europy. Prym wiedzie Ryanair, w kolejce czekają inni przewoźnicy.

Poniekąd to pokłosie obecnego w tym regionie trendu. Pierwsza na linie low-cost zaczęła nieśmiało otwierać się Turcja, potem z impetem ruszył Izrael z programem dopłat do każdego przywiezionego pasażera z Unii Europejskiej. Jordania nie chce być gorsza, więc od sezonu 2018/19 z otwartymi ramionami wita wypchane turystami z Europy samoloty w portach lotniczych Amman i Akaba na południu kraju.

Feniks z piasków

Żeby nie było tak słodko: tak, Jordanię do takiego kroku zmusiła w pewnym sensie sytuacja ekonomiczna. Mimo powszechnej miłości Jordańczyków do swojego władcy - króla Abdullaha, państwo pod jego rządami popadło ostatnio w gospodarcze zawirowania. Zamknięcie granicy z krwawiącą od wojny Syrią, dyplomatyczne potyczki z Arabią Saudyjską o kwestie energetyczne, a wreszcie zagrażająca społeczeństwu recesja, skłoniły władcę Jordanii do mocnego uderzenia promocyjnego zachwalającego uroki Petry, Akaby, Wadi Rum.

Okazuje się to strzałem w dziesiątkę bowiem dla zmęczonych już "olinkluzif" w tureckich czy egipskich kurortach, entą wizytą w chorwackiej Dalmacji, tłokiem i drożyzną w obleganych przez miliony Włoszech, Grecji czy Hiszpanii, Jordania jawi się jako istna "ziemia obiecana". Mało kto tu był, drogo nie jest, atrakcji całkiem sporo, bezpiecznie, smacznie, z klasą.

Słone kosmetyki z gęstego jak zupa Morza Martwego, kulinarne i handlowe oblicza Ammanu, Petra wykuta przed wiekami w skale, zamarłe w piasku Wadi Rum, nurkowanie w Morzu Czerwonym. Już tyle wystarczy, aby Europejczyk pokochał Jordanię od pierwszego wejrzenia. Choć miłość to niełatwa. Zwłaszcza, że tuż obok, w Izraelu, trwa wielka ofensywa promocyjna skierowana ku turystom z Europy. Izrael problemów ekonomicznych nie ma, i choć z Jordanią żyje we wzorcowym pokoju, w oczywisty sposób rywalizuje o każdego przybysza z zagranicy, który może zostawić w tutejszej kieszeni pieniądze. Co wybierzecie?

Jordania rusza jednak w Europę nie tylko na turystyczne łowy. Biznesowo to wciąż obiecujący obszar, z dobrze wykształconą kadrą pracowniczą, chwalonymi uczelniami, terenami pod inwestycje, doskonałymi warunkami klimatycznymi np. do produkcji wiatrowej czy solarnej energii. Inwestorskie ruchy widać po samym Ammanie, który mimo swej pokaźnej wielkości (ponad 2 mln mieszkańców aglomeracji przy nieco ponad 7 mln obywateli Jordanii), mocno rozpycha się i rozbudowuje. Władzom marzy się doścignięcie przez Amman regionalnych tygrysów gospodarczych z krajów opartych głównie na eksporcie ropy (Rijad, Abu-Dhabi) czy nowych technologiach (Tel Aviw).

Słusznie. W czasach gdy emiracki Dubaj ściąga największych inwestorów świata, Turcy otwierają największe lotnisko regionu, rośnie znów Liban popularyzując zapomniane nieco bankowo-giełdowe oblicze Bejrutu a Izrael pracuje po cichu nad najnowszymi wynalazkami w swej Silicon Wadi, król Abdullah nie chce pozostawać w tyle. Jordańczycy korzystają więc z okazji, aby oprócz walorów turystycznych promować też obiecujące warunki do inwestowania na jordańskiej ziemi. Oferują specjalne obszary ekonomiczne, tzw. Qualified Industrial Zones (QIZ) czyli obszary wspólnego handlu z USA i Izraelem czy choćby Free Zone of Aqaba, w których inwestorzy są objęci preferencyjnym systemem podatkowym.

Rząd uprościł procedury rejestracji dla zagranicznych firm, tworząc Jordan Investment Commission. Państwo Jordańskie prowadzi też szeroko zakrojoną kampanię prywatyzacyjną. Są już pierwsze jaskółki zagranicznych inwestycji z wysokiej półki. Jordański oddział utworzyła m.in. obecna też w Polsce szwajcarska firma ABB.  

Nowe centrum?

Sercem nowej Jordanii ma pozostać stolica. Głośno więc o chęci budowania w Ammanie imponujących dzielnic biurowych, aby ściągnąć do nich outsourcingowy biznes z Zachodu czy Dalekiej Azji. Sporo mówi się też o chęci uczynienia z jordańskiej stolicy kolejnej "Szwajcarii Bliskiego Wschodu", finansowej i bankowej stolicy regionu. Do kraju ściąga się też wybitnych naukowców ze świata, aby pomogli rozwiązać obecne tu od zawsze problemy z zaopatrzeniem w wodę, tańszy prąd czy technologie wydobycia surowców naturalnych.

Nad Ammanem wyrasta coraz więcej dźwigów, modernizowana jest autostrada - główna oś transportowa kraju, a sam rejon Akaby obfituje w coraz więcej spektakularnych inwestycji. Jedną z nich jest nowoczesna marina z ekskluzywnymi lodge'ami i apartamentowcami, w większości wykupiona już przez regionalnych bonzów biznesu i zagranicznych klientów. W bród też sieciowych, zagranicznych hoteli, w mieście pełno wykwintnych butików, salonów, restauracji. "Zastaw się a postaw się" pełną gębą...

W dobie upadku Syrii, Iraku, kolejnych embargo na Iran Jordania zdaje się podążać właściwą ścieżką ku staniu się jednym z motorów napędowych rozwoju Bliskiego Wschodu. Konkurentów ma jednak mocnych. Sama tylko pobliska Arabia Saudyjska przeznacza na nowe inwestycje miliardy zarobionych na wydobyciu ropy dolarów, ogłaszając raz po raz imponujące projekty pod samym nosem jordańskiego władcy.

Ostatnim pomysłem Saudyjczyków jest zbudowanie mega-miasta przyszłości, naszpikowanego elektroniką i zasilanym z dobrodziejstw słońca i wiatru. Projekt NEOM o wartości... ponad 500 miliardów dolarów (sic!) umiejscowiony zostanie - a jakże - zaledwie 150 km od Akaby. Błyszczące w słońcu stalowe iglice wieżowców mają być widoczne z bardzo dalekiej perspektywy. Wszystko po to, by przyćmić regionalnych konkurentów ale też utrzeć nosa ambitnemu sąsiadowi.

Hummus z Obamą

Wszystko wskazuje jednak na to, że Jordania, również dzięki gościom z Polski, tanio skóry nie sprzeda. Na razie powielana na milionach zdjęć na Instagramie czy Facebooku starożytna Petra (dowód sprzed wieków na możliwość stworzenia ekonomicznej potęgi dzięki swej lokalizacji), czy Morze Martwe to podarki od historii tych terenów czy obecnej tu natury. Na oczach zaciekawionych Europejczyków może zakwitnąć tu jednak coś jeszcze, oby niebanalnego, oby z własnym pomysłem na siebie. Co to będzie? Lećcie do Ammanu i zapytajcie gościnnych Jordańczyków.

Zwłaszcza na pysznej kolacji za śmiesznie małe pieniądze w restauracji Hashem przy King Faisal Street na Starym Mieście, niedaleko ruin rzymskiego teatru i wzgórza cytadeli. Hashem to legenda, istnieje od 1950 roku, bywa tu sam król, wpadają ministerialni urzędnicy, biznesmeni, turyści. To jedno z najsłynniejszych miejsc w stolicy. Zapraszamy...

Kulki falafela, aromatyczne pomidory w ćwiartkach, świeża mięta, ciosana w grube cząstki cebula, rozpływający się w ustach hummus, ciepła pita, zioła, herbata w eleganckiej szklance. A wokół krążący roześmiani kelnerzy, zapach pysznego jedzenia, gwar gości z całego świata, pokrzykiwania palestyńskich sprzedawców świeżo wyciskanych soków z granatu i pomarańczy. Tu znać czym jest obecna Jordania, można spytać się dokąd zmierza i co zamierza robić dalej.

Pewnie te same pytania zadawał w Hashem Barack Obama. Wpadł tu kiedyś, chwilę przed prezydenturą w 2008 roku. Zapewnił Jordańczyków o trwałym sojuszu z USA i popędził dalej. Nie pędźcie, dajcie sobie chwilę czasu na tym wartym do odkrycia, wydartym pustyni, morzu i skałom, skrawku ziemi.

podziel się

  • facebook
  • linkedin
  • twitter
  • pinterest
  • email

tagi

re:
Zakwitnąć nad super-słonym morzem
VIEW

następny artykuł