fbpx

RE:
VIEW

Szkielet nabiera ciała

Porównywano go z tryumfalnymi łukami Paryża i drapaczami Chicago i Nowego Jorku. Dyskutowano o nim na przykładach Londynu, Berlina, Grazu a nawet... Brasilii. Próbowano omotać urzędniczym klinczem a nawet udowodnić, że jest... wylęgarnią rzadkich gatunków flory i fauny. Po ponad 40 latach kończy się odyseja najsłynniejszego architektonicznego szkieletu w centrum Krakowa. Zaczynają nowe czasy

Autor:RAFAŁ ROMANOWSKI
Opublikowano:16 STY, Czwartek

Chuchano i dmuchano. Chciano jak najlepiej. Po drodze zbankrutowano i latami nie potrafiono się dogadać. Choć gdyby dogadano się wcześniej, nie byłoby teraz tej rozpalającej do czerwoności, emocjonalnej dyskusji o tym, jak ma wyglądać w przyszłości najwyższy budynek blisko milionowego już Krakowa.

I choć trudno w to uwierzyć, pierwsze kreski na projekcie słynnego "wieżowca NOT-u" stawiano już pod koniec lat 60-tych XX wieku. W czasach gdy PRL-em rządził I Sekretarz PZPR Władysław Gomułka, gdy nie było komputerów, telefonów komórkowych, projektowania 3D.

Nigdy go nie skończono, choć szkielet budynku przetrwał w dobrym stanie do dziś. Mamy XXI wiek, świat dookoła niego zmienił się nie poznania. W okolicy powstały nowe zabudowania: osiedla, apartamentowce, budynki użyteczności publicznej, galerie handlowe. Gruntownie przebudowano Dworzec Główny, strategiczne Rondo Mogilskie, przerzucono szybkie linie tramwajowe i trzypasmowe drogi.

U boku nieszczęśliwego wieżowca wyrósł kompleks uczelniany Uniwersytetu Ekonomicznego, przebito nawet planowany jeszcze przed wojną tunel pod dworcem. Miasto zaczyna oplatać sieć kolei metropolitarnej. Metro już na ustach wszystkich.

Szkieletora nie ruszano. Aż do teraz.

W 2020 roku remont hula w najlepsze. Aby po latach klinczu oddać go wreszcie do użytku, najpierw pacjenta rozebrano do kości, potem wstrzyknięto beton, potem owinięto bandażem z fasadowych płyt, wreszcie podpięto do aparatury z wodą i prądem. Pierwsi najemcy mają się wprowadzić w 2021. Szok!

Wygląda na to, że straszący przez kilka dekad kikut, jaki zatrzymał się na kliszy czasu z kryzysowego 1979 roku, doczeka się wreszcie happy endu. A raczej "happy beginningu" w iście filmowym stylu.

Ostrzegamy:

Akcja będzie spektakularna

Jest rok 1969. Amerykanie przegrywają w Wietnamie, gra festiwal Woodstock, hippisi w dzwonach wychodzą z protestem na ulice miast, w radio lecą nowe przeboje Beatlesów z płyty "Abbey road". A nieco ponad 20-letni Krzysztof Leśnodorski z starszym o 20 lat Zdzisławem Arctem siadają do kreślarskich desek. Niedawno usłyszeli o architektonicznym konkursie.

Zadanie jest konkretne: narysować od zera krakowski Manhattan. A przynajmniej jego część - pomyślany z rozmachem wieżowiec. I choć zamawiający projekt partyjni bonzowie starają się w rozmowach nie odnosić skojarzeń do Nowego Jorku - miasta-symbolu kapitalistycznego świata, i tak wszyscy podejrzewają, że między Rakowicką a Marchlewskiego (obecna Beliny-Prażmowskiego) ma rozciągać się właśnie tak rozumiana krakowska dzielnica wieżowców. Na swobodnie rozumiany wzór Uptown/Midtown/Downtown największego miasta rywalizujących z ZSRR i całym blokiem wschodnim Stanów Zjednoczonych.

Europa przegrywa wówczas wyścig o wysokie budynki z Ameryką. Miasta USA od dawna naszpikowane są wieżowcami. W obrazie amerykańskich aglomeracji drapacz chmur pełni istotną rolę. W sięgających chmur budynkach instalują się siedziby firm z rozkwitającego "american dream", widziane z nich panoramy multiplikuje się na tysiącach pocztówek, ważną rolę pełnią nawet w popkulturze.

Na zbudowany w 1931 roku słynny Empire State Building w stylu art déco wdrapuje się w akompaniamencie pisku damskiej widowni kin ogromna, czarna małpa - King Kong. Pęd ku górze dotyczy niemal wszystkich ważnych miast Ameryki. Reszta świata patrzy z lekką zazdrością.

W tych czasach Francuzi zaczynają nieśmiało budować nowoczesną dzielnicę Paryża - La Defence. Włosi mają już słynny wieżowiec Pirelli w Mediolanie przy stacji Milano Centrale. Londyn oświadcza że na wieżowce się nie ściga. Architekci pozostającego w socjalistycznej strefie wpływów Krakowa nie chcą być gorsi. Zza żelaznej kurtyny marzy się im nowoczesna dzielnica biurowa w PRL, co najmniej na taką skalę jak powstające nieco chaotycznie na gruzach Warszawy wysokościowce.

Znów odzywa się tu krakowska tęsknota za byciem lepszym, wyższym, wspanialszym niż miasto, które niegdyś odebrało Krakowowi rangę stolicy. Krakowski Manhattan - bo tak półgębkiem się o nim mówi - ma przyćmić nowoczesnością i rozmachem wszystko, co dotąd wybudowano pod Wawelem. Na pewno Nową Hutę. Ta jako przeciwwaga dla starej tkanki miejskiej zniszczyła unikatową panoramę Starego Miasta widzianą od popularnej, zachodniej strony. Kraków ma stać się wówczas miastem-wzorem do naśladowania.

Samotny żelbetowy żagiel

W jakim to ma być stylu? Nie ukrywajmy: w wielu miejscach globu zabudowa socjalistycznych miast-emblematów tamtej epoki: Moskwy, Warszawy, Bukaresztu, Mińska, Drezna, Berlina Wschodniego, Ułan-Bator, przypomina przecież to, co w swych dusznych, miejskich molochach osiągali amerykańscy projektanci Wielkiego Jabłka, Chicago, Detroit jeszcze w latach 20-tych, 30-tych, przed wyniszczającą Europę II Wojną Światową.

O tym, że urbanistyczne założenia Nowej Huty przywodzą na myśl również przemysłowy Wolfsburg - chlubę hitlerowskich Niemiec, nie wszyscy chcą pamiętać. Planistom i architektom marzy się więc innego typu dzielnica biurowa w bezpośrednim sąsiedztwie starego, koncentrycznie skupionego wokół Rynku Głównego Krakowa. Już nie przemysłowa czy robotnicza. Raczej zwiastun nowych, wyczekiwanych z nadzieją czasów.

- Powiedziano nam: "ciągnijcie jak najwyżej", więc dołożyliśmy osiem pięter - wspominał w lipcu 2003 "Gazecie Wyborczej" architekt Krzysztof Leśnodorski, wówczas świeżo upieczony absolwent architektury, współautor późniejszego "Szkieletora".

Nie spodziewa się, że jego rysowane na twardym papierze dzieło utknie w tym miejscu jak samotny żagiel na kilkadziesiąt lat. - Widziałem projekty pokazujące wieżowiec na tle tego, co miało powstać pomiędzy Rakowicką a ówczesną Marchlewskiego. Nasz budynek prezentował się najskromniej - mówił.

Leśnodorski wylicza, że odkąd w współpracownikami wygrał konkurs, nakreślił osiem przeróbek "szkieletora". Powstała nawet taka, gdzie budynek miał... bliźniaczą wieżę.

Ale na początku miał to być po prostu wieżowiec. Siedziba krakowskiego oddziału prestiżowej Naczelnej Organizacji Technicznej nieopodal Ronda Mogilskiego. Pierwotna koncepcja (ta zwycięska) zakłada powstanie budynku z wyraźnie oddzieloną górną częścią. Tam powstać miał hotel, niżej biura.

Budynek w tamtej wersji miał 16 kondygnacji. Od zwycięskiego dla architektów konkursu minęło już parę lat. Na odległym o kilka kilometrów Prądniku Czerwonym lada chwila miały powstać 15-piętrowe bloki mieszkalne. Ostatecznie powstały, a sylwety "krakowskiego nowojorczyka" wciąż nie było widać.

Dziś z najwyższych pięter zamieszkałych bloków na Prądniku Czerwonym rozpościera się wspaniała panorama na Tatry z Wawelem na ich tle. Na najwyższe kondygnacje niegotowego wieżowca NOT wciąż nie da się wejść. Tak będzie jeszcze ileś miesięcy. Nestor wśród krakowskich wysokościowców ma mieć wreszcie szczęście.

Jest połowa lat 70-tych XX wieku. Szwedzki zespół ABBA bije rekordy popularności. Na wydanej w 1975 roku płycie zamieszcza takie piosenki jak: „Mamma Mia”, „SOS”, czy „I Do, I Do, I Do, I Do, I Do”. Bill Gates i Paul Allen zakładają protoplastę obecnego Microsoftu. W Australii rozpoczynają się testy nadawania sygnału kolorowej telewizji. Steven Spielberg straszy z ekranu premierowymi "Szczękami" o ataku rekinów. A w polskich sklepach można wreszcie kupić banany, gospodarczy cud epoki Gierka staje się faktem.

Jest dobrze: wieżowiec NOT rośnie w oczach. Z Francji przyjeżdża dźwig ze 100-metrowym wysięgnikiem. Władza potrzebuje rozmachu a architekci dostają wolną rękę w zastosowaniu wszelkich nowinek technicznych: zarówno konstrukcyjnych, jak i wykonawczych.

- Wkładaliśmy do projektu wszystko, co wówczas było szczytem osiągnięć w budownictwie i wyposażeniu biur - wspomną po latach.
Im dalej w... las (budowę) tym więcej problemów. Napędzana zachodnimi kredytami gospodarka Gierka dostaje zadyszki, kraj zatrzymuje się. Choroba jakiej PRL dostał od forsowanego tempa przemian zmienia sytuację budynku. NOT nie powstanie. Przynajmniej nie teraz. Zabrakło pieniędzy i... wyobraźni. Nad Krakowem utknął więc kikut.

Nikt nie wyobraża sobie, że kikut ten sterczeć będzie nad okolicą przez kolejne 35 lat. Ba, wejdzie nawet w nowe stulecie. Nikt nie wie, co przyniesie kolejny dzień. Wiadomo tylko jedno: wizja "krakowskiego Manhattanu" musi zostać odłożona na półkę. Mówi się: trudno.

Stan jak wojenny

Ani się obejrzeliśmy, mamy rok 1979. Kilka przebojów ówczesnych playlist w rozgłośniach radiowych znakomicie pasuje do sytuacji. To zarówno "Tragedy" zespołu Bee Gees, jak i "Another brick in the wall" Pink Floyd. Hymnem historii Szkieletora może stać się zwłaszcza "I will survive" Glorii Gaynor...

Niestety, na długie lata musimy zapomnieć o wysokościowych (wyskokowych) ambicjach Krakowa. Dookoła, w różnych częściach miasta wyrastają za to tanie bloki z wielkiej płyty. Żaden nie dorówna skali planowanemu olbrzymowi przy Akademii Ekonomicznej, ale wystarczy, aby miasto zaroiło się od dość chaotycznej 10-piętrowej zabudowy.

Z ziemi wzrastają Piaski Nowe, osiedle Widok, Nowy Prokocim, Nowy Bieżanów, Mistrzejowice. Kiedy wyjdzie się jednak na szczyt Kopca Kościuszki, wciąż po lewej ręce widać samotą, ażurową sylwetkę NOT-u. Jest wciąż najwyższy, jakby nie pozwalał nikomu zbliżyć się do skrupulatnie wyznaczonej granicy 100 metrów wysokości.

Jeśli cokolwiek się zmienia w jego sytuacji, to tylko podmioty zarządzające niszczejącą nieruchomością. W połowie lat 80-tych właścicielem tkwiącego w działce szkieletu staje się Centrum Kongresowe Nauki i Techniki, wspólne przedsiębiorstwo NOT i Polskiej Akademii Nauk.

I znów architekt Leśnodorski proszony jest o przeróbkę swego kilkunastoletniego projektu. Zleceniodawcy chcą mieć tam salę kongresową na 2 tys. miejsc. Chcą też mieć pieniądze. Nie mają ani realnych, ani dodrukowanych. Sprawa znów rozchodzi się po kościach.

Na horyzoncie majaczy już nowa Polska, Okrągły Stół, kontraktowe wybory. W 1990 roku (w głośnikach wciąż "Like a prayer" Madonny) Lech Wałęsa zostaje prezydentem, a szerzej Krakowowi nieznany biznesmen Robert Hamerlik właścicielem niedoszłej siedziby NOT. Jak włodarz terenu spacerując po zamkniętej dla ciekawskich przestrzeni pogwizduje sobie do szlagierów disco-polo.

Chodnikowa muzyka wybucha wówczas w Rzeczpospolitej Polskiej z niespotykaną siłą. Wypełnia głośniki radiomagnetofonu Marka Chadzińskiego, który od 1994 roku pilnuje jako ochroniarz nieczynnej, wstrzymanej przez wichry historii budowy.

Chadziński strzeże budynku wraz z psem o imieniu Hokej. W 2004 roku opowie Renacie Radłowskiej w Gazecie Wyborczej "Krótką historię z wieżowcem w tle". O tym jak na wstrzymaną budowę przyjeżdżały ekipy filmowe, jak musiał przeganiać ryzykujących tu życie zakochanych, jak sam boi się wciąż chodzić po pokrytych wiecznym cieniem przestrzeniach budynku. I że czuje się czasem jak w horrorze.

Strach nie przegania jednak kolejnych inwestorów. Z reguły tych obiecujących przysłowiowe gruszki na wierzbie. A to niedokończonym budynkiem zainteresowana jest królewska rodzina z Arabii Saudyjskiej, a to francuska sieć hotelowa, a to chętni na otwarcie centrum kongresowo-handlowego. Wreszcie (za długi) szkielet konstrukcji wraz z terenem przejmuje katowickie przedsiębiorstwo Węglozbyt.

Nie cieszy się nim zbyt długo. Po licznych perturbacjach z gminą, która po latach wreszcie coś chce zrobić z feralnym budynkiem, wystawia pierwszą jaskółkę "krakowskiego Manhattanu" na sprzedaż. Jest rok 2001. W bliźniacze wieże World Trade Center uderzają samoloty terrorystów Bin Ladena.

- Strasznie się bałem - powie po kilku latach w wywiadzie dla GW stróż Chadziński. - Bałem się, że naszego "Szkieletora" też mogą zaatakować. A wiadomo to, co komu do głowy przyjdzie? Jak tylko samoloty leciały gdzieś nad głową, to mi skóra cierpła - opowiadał.

Świat dawno odjechał planowanemu "dachowi Krakowa". Paryż od dawna ma gotowe La Defence, Londyn wybudował jednak wieżowce w City i dokach Canary Wharf. Arabscy szejkowie w Emiratach Arabskich już szykują Dubaj na nową stolicę świata a Nowojorczycy co prawda tracą w zamachach swe najwyższe budynki, ale ze strony Krakowa nie czują wciąż żadnej konkurencji.

Wciąż mają rozmach

Wkraczamy w XXI wiek. Ze snu budzi się Warszawa, gdzie wieżowce Mariottu, Novotela, komponowanej stopniowo pierzei ulicy Emiii Plater, technologicznie i koncepcyjnie dawno przerastają krakowski projekt o kilka długości. Nawet Wrocław ma swój, brzydki co prawda, Poltegor.

Ale nawet Wrocław ucieknie trochę długości w górę. Sky Tower jest od Szkieletora dokładnie dwa razy wyższy. 

Kraków pozostaje miastem niskiej i średniej zabudowy. Z jednym wyjątkiem: ustawionym rondo (Grzegórzeckie) dalej biurowcem o wdzięcznej nazwie Błękitek. Wysoki na 105 metrów, obłożony obecnie niebieskim, odbijającym niebo szkłem, miał więcej szczęścia niż projekt Leśnodorskiego. Budowany od 1972 roku jako siedziba Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej "Prasa. Książka. Ruch" zdążył zapełnić się gwarem ludzi, zapachem parzonej kawy, stukotem maszyn do pisania.

Dziś pozostaje charakterystycznym punktem Krakowa widocznym na równi z wciąż niedokończonym NOT-em. W latach 1996-98 gruntownie go zmodernizowano. Obecnie nazywa się K1. Jest siedzibą wielu firm i globalnych korporacji. W 2011 roku oba wieżowce łączą się z sobą laserowym promieniem w ramach artystycznego projektu niemieckiego artysty Floriana Dombois.

W XXI wieku na popadający w ruinę budynek nie chcą już patrzeć ani krakowianie, ani władze miasta. W 2005 roku, już z Krakowem w łonie Unii Europejskiej, teren wraz z feralnym obiektem kupuje firma GD&K. Rozpoczyna się festiwal kuriozalnych zwrotów akcji, nieoczekiwanych decyzji, piętrzenia problemów i... setek opinii.

Miasto deklaruje współpracę i gotowe koncepcje przebudowy budynku raz chwali, innym razem oprotestowuje. Do boju wkacza też konserwator zabytków, który za żadne skarby (nawet ukryte w podziemiach przez PRL-owskich notabli) nie chce się zgodzić na jakiekolwiek podwyższanie przyszłej bryły wieżowca. A kiedy już się zgadza, w sukurs przychodzi mu np. Wojewódzka Rada Ochrony Zabytków, i całe wcześniejsze postępowanie trzeba zaczynać od nowa.

Pomysłów na wciąż najwyższą konstrukcję w Krakowie nadal jest sporo. Przez lata staje się ona... najpopularniejszą przestrzenią reklamową w mieście. Na ażurowych kręgach zawisają ogromne bannery sieci komórkowych, festiwali, napojów chłodzących, telewizyjnych seriali, filmów, gwiazdorskich show...

Do współpracy przy kolejnej odsłonie losów planowanej siedziby NOT-u nowi właściciele, już pod nazwą Treimorfa, zapraszają Hansa Kollhofa, światowej sławy architekta z Niemiec. Krakowianom tak nudzi się już sylweta budynku, że dwóch z nich postanawia... skoczyć z niego na spadochronie. Skok okazuje się legalny, ale po raz kolejny wraca z impetem dyskusja o przeznaczeniu budynku.

Kollhof proponuje nadać mu kształty znane z nowojorskich wysokościowców epoki międzywojnia, w duchu tzw. historyzmu. Jedne gremia zgadzają się na to bez szemrania, inne stanowczo sprzeciwiają. Po wielu bojach, których świadkiem jest wciąż nieszczęśliwy budynek, właściciel otrzymują upragnione wuzetki i pozwolenia. Można budować.

Choć po drodze pojawią się jeszcze... ekolodzy, którzy dziwnym trafem znajdują w sąsiedztwie budynku rzadkie okazy płazów i kwiatów.

Świat dookoła zmienił się bardzo. Dubaj ma już najwyższy Burj-al-Khalif, Warszawa nestora Pałac Kultury i Nauki, Dublin - iglicę Spire. Mimo medialnego wyścigu najwyższe budowle miast świata wciąż budzą emocje i pożądanie. Emocje wśród tych, którzy chcieliby aby wyglądały tak, bądź inaczej. Pożądanie u tych, którzy pragną je okiełznać: wdrapać się na szczyt, skoczyć ze spadochronu, spojrzeć na rozpościerający się u stóp kawał świata. Nie inaczej jest z Szkieletorem.

Wernisaż czy finisaż?

Wszystko wskazuje jednak na to, że po upragnionej przebudowie budynek - jeden z symboli zmiennych losów wspólczesnego Krakowa - stanie się eleganckim adresem pełnym biur, siedzib międzynarodowych firm, pracowni i sal konferencyjnych. Czasy "Szkieletora" odchodzą więc do lamusa. Straszący przez lata żelbetonowy kikut zyskuje właśnie przestrzeń pełną pracy i życia.

Hotel dla millenialsów, luksusowe apartamenty, biura globalnych korporacji, restauracja na szczycie jarząca się niczym zajęta od ognia zapałka. Oczywiście znów są opóźnienia. Oczywiście znów są problemy. Jednak ci, którzy pamiętają ponury szkielet tkwiący tu przez tak długo, przecierają oczy. To naprawdę nasz Szkieletor? Nie do wiary...

Czym jest 45 lat oczekiwania na otwarcie naprzeciw iluś więcej użytkowania? Po zakończeniu inwestycji 102-metrowa konstrukcja będzie jedną z najbardziej rozchwytywanych lokalizacji w Polsce. Nic dziwnego, plany z ubiegłego wieku zakładały podobne jego walory, jak teraz. Przecież słynne w świecie krakowskie Stare Miasto wciąż rozpościera się kilkaset metrów stąd.

Nie przeniesiono też nowoczesnego obecnie dworca, nie zmieniono przebiegu trasy na Warszawę. U stóp przyszłego centrum dzielnicy powstają nowe inwestycje biurowe, trakty piesze, ogrody, apartamenty. Wszystkie jakby skupione wokół osi, którą w słoneczne dni wyznacza cień najwyższego dachu miasta.

Dach miasta. Dach zapierający dech.

Czy w 1969 roku przypuszczalibyście, że tutejszy Manhattan nakręci aż tak spektakularną fabułę?

podziel się

  • facebook
  • linkedin
  • twitter
  • pinterest
  • email

re:
Szkielet nabiera ciała
VIEW

następny artykuł
Re:view lubi ciastka. A ciastka to cookies. Re:view na Twoim mobajlu, kompie czy tabku to ciastka na talerzu. I to oznacza, że się na nie zgadzasz. Ok
Chcę dowiedzieć się więcej