RE:
VIEW

Piknik z niewolnicami

Hongkońska niedziela jest dla nich. Filipińskie i indonezyjskie imigrantki domestic helpers rządzą raz w tygodniu w centrum czołowych metropolii świata

Autor:RAFAŁ ROMANOWSKI
Opublikowano:14 CZE, Czwartek

Są wszędzie. Kruszą kanapkami, poprawiają fryzury, klaszczą, krzyczą, śpiewają, migoczą błyskotkami, ciągle podciągają mini. Obok te bardziej stonowane: z hidżabami we wszystkich odmianach pasteli, w dłuższych szatach, z selfie co minutę. Pierwsze to Filipinki. Drugie - Indonezyjki. Połączył je Hongkong.

8-milionowa metropolia w delcie ogromnej Rzeki Perłowej, która najpierw karmi kontynentalne Chiny, chwilę później zatruwa ją aglomeracja Kantonu (Guangzhou), potem jej wody mkną już odnogami obok chińskiego Dubaju - Shenhzen, aby zameldować się w głębi Morza Południowochińskiego. Hongkong - przez 100 lat protektorat brytyjski, który z małej wioski rozrósł się do kłębowiska drapaczy chmur, plątaniny uliczek, ślimaków komunikacyjnych arterii. Stolica azjatyckiej finansjery, magnes przyciągający tysiącami rzutkich bankierów, polityków, artystów, ale też cwaniaków, prostytutki, brudną pianę z orientalnych portów.

W Hongkongu nie mieszka się łatwo. Zbyt gęsto, za wysoko. Ale zazwyczaj ma się pieniądze. Przynajmniej ten ma, co je ma. Czyli Europejczyk. Albo Chińczyk, który po latach europejskiej dominacji w tym brytyjsko-chińskim miksie może się wreszcie odegrać. Kiedy miasto było brytyjskie rządzili tu egzotyczni przybysze z daleka. Teraz Hongkong biorą w posiadanie rdzenni ludzie zza chińskiej miedzy. Od 1997 to teoretycznie teren Chin. Na razie wciąż niewiele się zmienia.

Domestic helpers za hongkońskie dolary

Na pewno nie zmienia się ich los. Odkąd tu przyjechały, zostawiając swe rodziny na Filipinach czy Indonezji na pastwę wysyłanej co jakiś czas koperty z pieniędzmi, cały czas brzmi gdzieś w powietrzu niepokojący dysonans. Hongkong, mimo oddania chińskiej pałeczki najbardziej prężnego ośrodka biznesu Szanghajowi, wciąż jest doskonałym miejscem do życia. Dla bogatych. One nie mają tu nic. Nic naprzeciwko bogatych. Kiedy w mieście, które ma najwięcej w świecie luksusowych butików Louis Vuitton, milionerzy rozbijają się sportowymi coupe Ferrari, Bentley czy Lamborghini, one komponują kanapki z tego, co uda się im przemycić z pańskiej lodówki.

Hongkońskie sprzątaczki. Opiekunki do dzieci. Pomoce domowe. Oficjalna ich nazwa to domestic helpers. Pod tym kryptonimem usługują europejskim i chińskim rodzinom, których kariery wybuchły swego czasu na najgęściej zaludnionym skrawku świata. Domestic helpers nie mają prawa głosu, Hongkong może je usunąć kiedy chce i jak chce. W tutejszych mediach można przeczytać o częstych przypadkach mobbingu, molestowania czy nawet gwałtów, ale one wolą o tym nie rozmawiać. Latami zatykają sobie usta, aby nie skarżyć się na swój los, bo - choć ciężki i wyznaczony przez granice małej skrytki na tyłach kuchni, gdzie każdej nocy kładą swe ciała - daje im jednak atrakcyjny zarobek. Spora garść hongkońskich dolarów, za które na suburbiach Davao, Cebu, Manili (Filipiny) czy Surabaja, Bandung czy Jakarty (Indonezja) może przeżyć miesiąc ich wieloosobowa rodzina.

Niedziela pod Bvlgari

Dziś się bawią. Dziś jest niedziela i pełna banków, butików i luksusowych sklepów dzielnica Central należy do Filipinek. Niedziela jest dziś i ich koleżanki z muzułmańskiej Indonezji piknikują w okolicach Victoria Park. Tego dnia nie ma mocnych na domestic helpers, których w Hongkongu pracuje oficjalnie blisko 300 tysięcy. Filipinki bawią się bardzo głośno, organizują konkursy, zabawy, tańczą na wyścigi do boom-boxów za nic mając nobliwe sąsiedztwo pięciogwiazdkowych hoteli, salonów Bulgari czy Giorgio Armani. Rozkładają maty, karimaty, kartony, wyjmują jedzenie, rozmawiają w zgiełku. Indonezyjki relaksują się spokojniej, spacerują, śpiewają, gimnastykują się, żartują, wyglądają na bardzo zadowolone. Nikt nikomu nie przeszkadza. Ich pracodawcy - "kasta lepszych" Hong Kongu - tego dnia nie mogą liczyć na sprzątanie.

- Czasem mam wrażenie, że moje życie płynie od niedzieli do niedzieli. W sumie zupełnie nie pamiętam, co robiłam przez ten tydzień. Wiem, dokąd wysłać pieniądze i jaki jest numer telefonu do najbliższej koleżanki. I wiem, że najmocniej czekam właśnie na ten dzień, kiedy tysiące z nas wylegają na ulice, aby się spotkać i porozmawiać o naszych bliskich i domach - mówi Re:view Jaslene, 26-letnia domestic helper, którą spotykamy w kolorowej ciżbie na rogu Harcourt i Ice House Road, nieopodal luksusowego hotelu Mandarin Oriental.

Metropolia kobiet

Bliski klimatem (i czerwonymi , piętrowymi autobusami) Londyn ma swój coroczny Notting Hill Carnival pod karaibskim szyldem czy rosyjski festiwal Maslenitsa. Również wiele innych miast często jest świadkami świętowania swych stałych, bądź efemerycznych, społeczności. Ale żadne z dużych ośrodków nie przejmują tak mocno i cyklicznie żadne grupy mieszkańców czy chwilowych rezydentów. Rzadko kiedy są to aż tak przepastne rzesze ludzi, jak tutejsze Filipinki czy emigrantki z Indonezji. Czy to oznacza, że Hongkong słusznie nazywa się "metropolią kobiet"? Jak daleko stąd do haseł, które wkurzone kobiety wypisują na kartkach podczas sporadycznych demonstracji "we are workers, not slavers". A może inaczej: jak blisko ze stacji Central do piekła zbliżonego klimatem do post-biblijnego Gilead z serialu "Opowieść Podręcznej"?

Jedno jest pewne: bez domestic helpers Hongkong nie może się obejść. Inaczej wypracowana przez dziesięciolecia hierarchia społeczna zawaliłaby się jak domek z kart. Trwale wpisane w pejzaż miasta niedziele stają się powoli wręcz turystyczną atrakcją. Bohaterkom tych "piknikowych performances" wcale to nie przeszkadza. Pozują nam do zdjęć, częstują jedzeniem, zachęcają do wspólnej zabawy. Pod lśniącym na złoto salonem Bulgari można z nimi zatańczyć "Material girl" Madonny skacząc wśród tekturowego miasteczka...

podziel się

  • facebook
  • linkedin
  • twitter
  • pinterest
  • email

tagi

re:
Piknik z niewolnicami
VIEW

następny artykuł